Kalina Zatorska

Historia WWGU

Pierwsza edycja WWGU odbyła się 1966 w dawnym salonie wystawowym BWA. Choć epicentrum branży mieściło się w Warszawie, wrocławska grafika użytkowa była na fali wznoszącej, a ludziom „chciało się chcieć”, jak wspominał jeden z organizatorów. Chcieć stymulować rozwój tej dziedziny na lokalnym gruncie. Komisarzami wystawy (dzisiaj: kuratorami lub organizatorami) był dream team wrocławskiej grafiki: Tadeusz Ciałowicz i Roman Romyk. Ciałowicz był pionierem wrocławskiego plakatu i mistrzem znaku graficznego, twórcą znanych wrocławskich neonów i wnętrz. Jego historię znajdziesz w książce “Zwiedzajcie piastowski Wrocław”. Nieco młodszy Roman Rosyk to świetny grafik o bardzo oryginalnym stylu i mocnej osobowości, absolwent katedry szkła. Ciałowicz projektował ekspozycję wystawy, a Rosyk katalog. Błyskotliwy wstęp o uniwersalnym języku grafiki użytkowej napisał dziennikarz i krytyk wrocławskiej plastyki Kazimierz Raińczak.

Jaka jest twoja historia z samym WWGU?

Moja historia z WWGU rozpoczyna się wraz z odkryciem postaci Tadeusza Ciałowicza. Studiując jego archiwum, dowiedzieliśmy się o pierwszej i jedynej Wystawie Wrocławskiej Grafiki Użytkowej. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności odkryliśmy postać Ciałowicza i samą wystawę na rok przed jej 50. rocznicą. W gronie Fundacji 102 stwierdziliśmy, że to sytuacja: „teraz albo nigdy” i nie ma wyjścia – musimy zorganizować jej reaktywację. Specjalnie i dla draki nadaliśmy jej numer porządkowy 25, by kontynuować pierwotną inicjatywę. Według oryginalnego zamysłu wystawa miała odbywać się co 2 lata. Zachowaliśmy dokładnie tę samą nazwę co pierwsza edycja. Błąd, który przekręcał nazwę z Wystawy Wrocławskiej Grafiki Użytkowej, na Wrocławską Wystawę Grafiki Użytkowej powstał po samej wystawie. Potem ktoś to powielił i poszło dalej w świat na zasadzie fake newsa. Nazwą od początku była 25. Wystawa Wrocławskiej Grafiki Użytkowej, żeby dobitnie pokazać, że jest kontynuacją wystawy o wrocławskim projektowaniu, a nie we Wrocławiu. Ta wrocławskość jest tutaj najważniejsza.

Warto nadmienić, że Ciałowicz był bardzo aktywnym spoiwem środowiska graficznego we Wrocławiu. Był niesamowitym dokumentalistą. Nie myślał tylko o sobie, ale dokumentował wszystko, łącznie z pracami kolegów po fachu. Wiedział, że grafika jest czymś ulotnym. Oglądając jego zdjęcia, co chwile odkrywaliśmy osoby związane z grafiką powojennego Wrocławia. Część z nich już nie żyje, więc był to taki wyścig z czasem. Ale to właśnie Ciałowicz był siłą sprawczą integracji wrocławskich grafików. Dzięki niemu powstała zarówno 1. jak i 25. Wystawa.

Po co reaktywowaliście tę inicjatywę?

Nie robiliśmy retro nostalgii. Kontekst naszej wystawy był bardzo współczesny. Chcieliśmy sprawdzić, jak zmienił się i jak rozwinął się rynek wrocławski, oraz czy nadal grafika to równie niszowy temat, jakim był 50 lat temu. Okazało się, że paradoksalnie tak. W identyfikacji wystawy podjęliśmy też temat cmentarzyska logotypów. To była krytyka grafiki za pomocą grafiki. Trochę naiwne, by zmienić świat i reguły gry, ale dało fajny impuls do dyskusji. Temat podjęli Agata Szydłowska i Michała Szota w odcinku 4. swojego podcastu „Popatrzmy!”. Ten odcinek przez długi czas był numerem jeden na ich playliście. Oto nasz realny sukces!

Samą inicjatywę WWGU w naszych snach widzieliśmy jako przechodnią. Ważne było, żeby wystawa nie przyrosła do jednego miejsca i jednego organizatora. Chodziło o zmienną i różną perspektywę. Tak byłoby ciekawiej. Był już UWr, jest SWPS, to kolejną edycję mogłoby podjąć np. ASP, a potem ktoś kompletnie inny, np. jakaś grupa nieformalna grafików.

Dobrze byłoby, żeby kolejne spotkania wygenerowane przez WWGU też koncentrowały się wokół rozmów o grafice. Brałam udział w jednej z dyskusji podjętych podczas 26.WWGU i było to bardzo fajne doświadczenie. Widać było, że publika jest zajarana, zasłuchana i ma mnóstwo pytań. I była liczna! Siłą tej inicjatywy jest to, że miała ona łączyć różne podśrodowiska wspólnie skupione wokół projektowania.

Kolejne wystawy nie powinny ograniczać się do cytowania Rainczaka o tym, że „grafika użytkowa jest najczulszym sejsmografem przemian w sztuce”, choć to świetny statement. Po 50 latach jako przypomnienie też działa, ale kolejne powtórzenia i ograniczenie się do tego hasła jest sygnałem, że nie ma się na wystawę głębszego konceptu. To, co można dać od siebie w ramach wystawy, to twój bardzo autorski pomysł. Nawet jeśli robicie tę wystawę z wykładowcami, zachęcam was do inicjatywy własnej, np. zorganizowania panelu dyskusyjnego samodzielnie od A do Z. Wtedy to będzie bardziej „wasze”, a satysfakcja gwarantowana. Prace nadesłane to zawsze trochę loteria. To (przepraszam za wyrażenie) „myśl kuratorska”, może więcej namieszać i nadać wartość takiemu przeglądowi.

Jak wspominasz 25. wystawę?

Z rozrzewnieniem i nostalgią. Siłą 25.WWGU jest to, że była to 100% punkowa impreza. Bardzo mocno zajawkowa, praktycznie bez żadnego budżetu zewnętrznego. Trudna logistyczne, za auto dostawcze służył mój VW Golf III, rocznik 95, perła motoryzacji. Trochę fermentu i troszeczkę zainteresowania w sieci, które ostatecznie przerodziło się w różne współprace. Ktoś nam coś użyczył, ktoś jakoś pomógł, ale zaczynaliśmy z poziomu „zero”.

Towarzysko była to mocna, intensywna i chwilami nerwowa (ale twórczo nerwowa) współpraca. Dużo zabawy. Świetne i ważne dla mnie znajomości, które do dzisiaj są mocno scementowane. Fajne dyskusje środowiskowe, w bardzo wąskim gronie, niestety. Wszystko odbywało się w samym epicentrum bożonaredzoniowego szaleństwa, czyli jarmarku, który okazał się bezlitosną konkurencją.

W Modzie Polskiej mieliśmy do dyspozycji dwa piętra. Mogliśmy swobodnie zachować bezpieczny dystans, mimo że wtedy jeszcze nie był wymagany. Tam nie chodziło nawet o same prace, tylko o całą atmosferę wokół tego zdarzenia. Samo urządzanie wystawy to była przygoda i produkcja własna, wraz z malowaniem wielkiego napisu z rzutnika na parterze. Btw. cytat na ścianie zainspirowany był rozmową z Klisiem. Widzisz, integracja środowiskowa to podstawa.

Jak widzisz związek matematyki i projektowania?

Widzę zależność. Projektowanie ma dużo z logiki, która to jest częścią matematyki. Jednak czy jest to najbardziej fascynująca zależność w grafice? Nie wiem. Mówienie, że projektowanie jest matematyką, jest trochę zawężeniem tej dziedziny. Rzeczywiście jest szkoła, która opiera się tylko na projektowaniu na siatkach i właśnie z takim matematycznym podejściem. Jest bardzo hołubiona, ale nie jest to jedyny nurt w projektowaniu, który istnieje i nie robiłabym z tego story.

Co wyróżnia wrocławskie projektowanie na tle krajowym?

Ten temat ciągnie od ponad 50 lat. Czy jest w ogóle coś takiego jak wrocławskie projektowanie? To pytanie drążymy w książce „Zwiedzajcie Piastowski Wrocław”, ale jest to pozycja dla bardzo zainteresowanych lokalną historią projektowania użytkowego.Śledząc rozwój grafiki użytkowej we Wrocławiu, wyodrębniliśmy dwa dominujące nurty. (To spojrzenie subiektywne). Z jednej strony to taka à la szwajcarska szkoła projektowania. Oszczędna, zimna, oparta na redukcji. Nadal na topie. Z drugiej strony natomiast zauważyliśmy nurt, który można by było określić jako „hippie”. Mistrzem tego stylu był Get-Stankiewicz. Działał na styku grafiki użytkowej i sztuki. Jest o nim świetna książka Mirosława Ratajczaka “Get” - polecam. Jego twórczość jest bardzo unikatowa, odjechana i wrocławska.

Współcześnie Wrocław w skali ogólnopolskiej nie odstaje od tego, co się dzieje w innych miastach, ale według mnie i nie wyróżnia się czymś szczególnym. Są rozpoznawalni na scenie ogólnopolskiej projektanci z Wrocławia i to cieszy. Ale jako miasto-ośrodek, to Wrocław nie ma jeszcze wyrazistej metki. Jak chcesz robić karierę, to robisz ją gdzie indziej, a nie tutaj. Albo szukasz szczęścia przez Instagram, ale wtedy konkurujesz z całym światem.

Jak widzisz przyszłość projektowania?

Mówi się o tym, że po pandemii będziemy się zwracać w stronę lokalności. Zaczniemy doceniać to, co mamy na własnym podwórku. Też nie chodzi o to, że nie będziemy patrzeć co słychać na instagramach w Nowym Jorku.

Uważam, że jesteśmy przeprojektowani. A mówię tylko o grafice użytkowej. Widzę przyszłość projektowania podobnie jak przyszłość świata. Skrajna redukcja, powrót do źródeł. Sytuacja pandemii postawiła nas przed niesamowitą ilością projektów. Otacza nas mnóstwo produktów, zalew brandingu. Ale tak naprawdę projektanci rzadziej zajmują się projektowaniem, częściej stylizowaniem kolejnych opakowań. Doszliśmy do jakiegoś kresu. Ludzie projektują tysiące fontów, po co?

Ale teraz wszystko się posypało i będziemy szukać czegoś innego. Przetrwają najsilniejsi i oni sobie poradzą, znajdując tego swojego klienta. Przyszłość projektowania rysuje się bardzo smutno. Widze jednak światełko w tunelu. Projektant miał być osobą rozwiązującą jakiś problem. Poprawić widoczność, naprawić coś, co nie działa, przekazać informacje. Nie stylizować rzeczywistość, tylko ją naprawić, ulepszyć. Musi tylko umieć dotrzeć do zamawiającego. Tu upatruję roli edukacji. Podam Ci przykład na czasie. Wrocławskie Inwestycje biorą się za renowację przedszkola na Kuźnikach. Prezydent Wrocławia chwali się wizualizacją budynku z napisem „Wrocławskie Krasnale” złożonym Comic Sanem. I tu otwiera się pole do popisu. Wytłumaczenie, że klimat w sumie okej, bo to font z myślą o komiksach więc pasuje do dzieci, ale znacznie mniej pasuje do bryły budynku, to wyzwanie dla projektanta. Praca u podstaw wciąż wg mnie ma świetlaną przyszłość.

Drugim bardzo ważnym wyzwaniem dla projektantów jest zagrożenie klimatu. Chodzi mi tu na przykład o to, żeby nie produkować milionowej torby płóciennej z fajnym logosem. To nie ma związku z projektowaniem, bo efektem jest kolejny śmieć. Projektanci jako osoby z całkiem nieźle rozwiniętym ego i siłą przebicia mogliby być tymi ‘gamechangerami’, którzy powiedzą „stop, nie robię tego, bo to bezużyteczne”. Ale wiem, że nie powiedzą.