prof. Łukasz Kliś

Jak wspomina Pan 26. WWGU?

Bardzo dobrze. Dwie studentki (Ola Cembrowicz i Ida Franczak) porwały się trochę z motyką na słońce, ale ludzie to kupili. Napłynęło sporo prac.

Wszystko kręciło się wokół kawiarni Recepcja na Ruskiej. Na poziomie czysto towarzyskim (eventowym) wyszło to bardzo dobrze. Jeśli chodzi o merytoryczną część, to wyszło tak, jak pozwoliły na to same prace. Wystawa była bardzo przekrojowa. Znalazły się na niej rzeczy lepsze i gorsze. Na pewno najmocniejszym elementem tamtej wystawy były panele dyskusyjne i wszystko, co działo się w ich obrębie. To było zdecydowanie najistotniejsze.

Sam delikatnie dałem plamy. Miałem się pojawić i poprowadzić swoją prelekcję, jednak okoliczności mi na to nie pozwoliły. Działo się to w czasie ostatnich dni szkoły i nie miałem co zrobić z dziećmi. Siła wyższa i to podwójna, bo jestem ojcem bliźniąt. Mogłem je niby zabrać ze sobą, ale nie chciałem ich męczyć.

Jaka była Pana rola w 26. WWGU?

To było tak, że wystawę 25. robiła Fundacja 102. Kalina Zatorska, Marian Misiak i cała grupa ludzi. Zaangażowali różne instytucji, żeby doprowadzić wystawę do skutku. Jako że się kolegujemy, zaproponowali mi współpracę. Prowadziłem nawet panel dyskusyjny, jednak trochę poległem. Sam wdałem się w dyskusję, będąc jej moderatorem. Chyba się do tego nie nadaję... Panele dyskusyjne w przypadku tej edycji też były najlepszą częścią wystawy.

Tak jak powiedziałem, kolegujemy się z fundacją 102. Podczas jednej z rozmów zostało mi zaproponowane, żebym pchnął to dalej w stronę studentów, z którymi pracuje. Niech oni to przejmą. To powinni robić młodzi ludzie. Fundacja miała już ustalone inne cele. Zrobili wystawę i chcieli zająć się czymś kolejnym.

Hasło puściłem do studentów na Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego, żeby zobaczyć, czy w ogóle ktoś chciałby się tym zainteresować. Trafiło właśnie na dwie studentki Ole i Idę, które były żywo zainteresowane komunikacją wizualną i takim żywym jej doświadczaniem. Podsunąłem im też pomysł, że taka wystawa jest dobrym tematem pracy licencjackiej. One się dowiedziały od doktor Doroty Płuchowskiej czy da się to zrobić i wszystko poszło dalej.

Tak więc moja rola polegała na podpowiadaniu. Dziewczyny bardzo dużo rzeczy robiły same. Problemy samej wystawy nie wynikały z pracy dziewczyn, tylko ze zdarzeń losowych dookoła samej wystawy. Ostatecznie wyszło naprawdę dobrze, jednak gdyby nie te zdarzenia losowe mogłoby wyjść jeszcze lepiej.

Co najmocnije utkwiło Panu w pamięci?

Prowadziłem tam warsztaty z plakatu. To było całkiem zabawne i ciekawe doświadczenie. Przyszli ludzie, którzy nie mieli bladego pojęcia o plakacie i w parę godzin kompletnie się oswoiwszy, zrobili naprawdę ciekawe rzeczy. Ale to tak na luzie. Używaliśmy wtedy metod analogowych: wałki, farby itp. Trochę jak w domu kultury. Oczywiście nikomu nie umniejszając, bo domy kultury są bardzo ważnymi miejscami.

Niezmiernie mi się to podobało. Szczególnie to, że ludzie przyszli, bo im się chciało. To była niedziela. Dzień po sobocie, a wiadomo, co się robi w soboty. Naprawdę dobrze to wyszło.

Jakie nazwisko warto wspomnieć w kontekście poprzedniej edycji?

Nie chcę absolutnie, żebyście pomyśleli, że ja mam ochotę i wewnętrzną potrzebę zostania twarzą tej poprzedniej edycji. To faktycznie była impreza, którą zrobiły dwie studentki: Ida i Ola. Natomiast twarzami, które powinny zostać zapamiętane na przyszłość to ludzie z Fundacji 102. Kalina Zatorska, Marian Misiak. To oni tę imprezę wydobyli z mroku i przywrócili jej miejsce we Wrocławiu.

Poza tym tych nazwisk powinno przyrastać. Uważam, że wy też powinniście się spodziewać, że kolejni organizatorzy wspomną was i powiedzą, że to właśnie wy się tym zajmowaliście. Takie rzeczy się robi po to, żeby mieć potem takie swoje światełko.

Oprócz dziewczyn, w kontekście 26.WWGU warto wspomnieć ludzi Uniwersytetu Wrocławskiego. Czyli chociażby doktor Dorotę Płuchowską - która to bardzo mocno doradzała i podtrzymywała na duchu organizatorki. Tych ludzi jest bardzo dużo. Organizacja wystawy była pracą kolektywną. Bardzo dużą rolę odegrali też studenci i studentki z Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Wizualnej, którzy to bezinteresownie pomagali organizatorkom. Czysty wolontariat: pomagali, bo im się chciało, nie dla rozgłosu.

Jak widzi Pan matematykę w projektowaniu?

Trudno w ogóle wyrugować matematykę z jakichkolwiek form aktywności. Jestem świadomy, że jest to wymijająca odpowiedź, natomiast wszystko zależy od tego, co się projektuje. Jeżeli bierzemy pod uwagę layout gazety albo książki to istotne są takie kwestie jak format, proporcje... Na te wszystkie potrzeby odpowiada matematyka.

Matematyka jest to taki format wiedzy i nauki, który ma wiele wspólnego ze sztuką. W matematyce mamy dużo elementów estetycznych takich jak, chociażby proporcje czy sam proces poszukiwania harmonii. Czyli matematyka jest w projektowaniu bardzo istotna i potrzebna.

Są tacy projektanci, którzy bardzo dużo postawili na matematykę. Np. Win Crouwel znany również jako Mr. Grid. On wszystko opierał na siatce. Natomiast z drugiej strony takie ślepe zawierzenie matematyce może być zgubne. Sam lubię takie projektowanie trochę przez przypadek, coś się nie spasuje, coś się chlapnie. Też nie chodzi o chaos. Chaos jest ryzykowny. Można go porównać do niewychowanego dobermana niby fajny, ale komuś odgryzie palec. Nie znoszę w projektowaniu nudy. Dźwięczą mi w głowie słowa Wolfganga Weingarta, który to powiedział, że co z tego, że komunikat będzie czytelny, jeśli będzie nudny. Matematyka jest bardzo pomocna. Jednak chodzi o to, żeby nie wlazła na głowę.

Matematyka rozwija wyobraźnie i uczy porządkowania rzeczywistości. A projektowanie jest porządkowaniem informacji, więc wszystko się zgadza. Z matematyką jest jak z każdą inną używką jak za dużo to niedobrze.

Jaki jest ulubiony plakat Pana autorstwa?

Ja w ogóle bardzo podejrzliwie podchodzę do ludzi, którzy przywiązują się do swoich dzieł. To jest jakiś rodzaj psychopatii. Raz organizowałem wystawę polskiego plakatu w Chile. Jeden projektant napisał do mnie tylko jedno pytanie: „koło kogo będę wisiał?”... to jest koszmar.

Mało moich prac jest robionych na zamówienie i najbardziej cenie te plakaty, które zostały stworzone do konkretnych rzeczy. Np. dla galerii uniwersyteckiej w Cieszynie tworzę plakaty do wystaw. To właśnie je najbardziej cenię, bo one mają swoje przeznaczenie i ktoś jeszcze je zobaczy.

Jak matematyka pomaga Panu projektować?

Mnie pomaga taka najprostsza matematyka. To, co projektuje w dużych ilościach to okładki do książek dla wydawnictwa uniwersyteckiego, jeśli można to nazwać dużymi ilościami. 3-4 w roku mi się zdarzą. Zawsze mam bardzo precyzyjne wyliczenia makiety i innych elementów, które bardzo ułatwiają mi poruszanie się po formacie. Właśnie dzięki matematyce.

Mam też takie natręctwo. Są ludzie, którzy chodząc po chodniku, nie nadeptują na linie. W moim przypadku zaistniała bardzo podobna rzecz. Mianowicie lubię sobie ustawić tak wszystkie elementy, żeby nie używać ułamków a pełne liczby.

Wracając do Wina Crouwela: on projektował siatkę i na niej osadzał wszelkie elementy swoich projektów. Matematykę stosuje się właśnie wtedy, kiedy projektuje się coś, co będzie powtarzalne np. layout do gazety.

W plakacie na przykład matematyka może przeszkadzać. Zrobię sobie siatkę do plakatu i potem muszę się tego trzymać jak pijany płotu. Okazuje się, że można jeszcze zrobić mnóstwo rzeczy, a ogranicza mnie właśnie siatka. Natomiast w przypadku powtarzalnych form matematyka jest nieodzowną częścią projektowania, aby osiągnąć poczucie całości.

Matematyka jest ułatwieniem, a nawet utrudnieniem pracy. Głównie ułatwieniem, ale czasem utrudnia gdy podporządkuje się matematyce jakiś projekt, bez uzasadnienia, po co się to zrobiło. Najistotniejsze jest, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, po co to jest potrzebne. Jeśli jest to można projektować.

Innym powodem jest to, że umiejętność rozwiązywania prostych zadań arytmetycznych, ogarnianie geometrii są bardzo istotne w kontekście takiej świeżości umysłowej i wyobraźni. Podobnie z poezją i literaturą - to są pożywki wyobraźni. A wyobraźnia jest jak zwierze. Jak się jej nie karmi, to zdechnie. Na przykład Otl Aicher miał jakieś “ale” do artystów. Mówił z pretensją, że w naszych czasach słowa poety są ważniejsze od słów dziennikarza. Bardzo dobrze, że są. W poezji jest mnóstwo matematyki. Układy rymów, ilość zgłosek w wersie to jest matematyka. To jest jakiś porządek, który musi zostać zachowany.